Ostatnio spostrzegamy trend wyrywania się z miast i przeprowadzania się do domów ulokowanych na przedmieściach albo zupełnie poza miastem. Z czego on wynika? Czy to chwilowa moda – w co raczej ciężko uwierzyć zważywszy na to, czego dotyczy – czy może trwała dążność, która zaświadcza o zmęczeniu wielkomiejską przestrzenią i pragnieniem odmiany nie tylko miejsca zamieszkania ale i sposobu życia na zdrowszy, mniej nieszkodliwy. Mieszkanie poza miastem oznacza lepszą ochronę dziecka, spokojniejszy rytm dnia powszedniego i nawet jeżeli dojeżdża się do pracy w centrum miasta, to jednak po powrocie możemy nabyć koniecznego dla zdrowia psychicznego dystansu do wielu spraw, nie tylko zawodowych. Ponadto sporo osób docenia sąsiedztwo natury i celowo wybiera dom zlokalizowany na skraju zagajnika lub w miejscu, gdzie według nie będzie budowane osiedle. Ludzie potrzebują nie tylko odciąć się od nerwowości i zanieczyszczeń, ale także w nowym miejscu, mieć po prostu namiastkę wsi. Architekci dobrze wiedzą, jakie jest zapotrzebowanie, dlatego też nawet projekty zabudowy szeregowej nie są bez terenów zieleni tuż przy domu – tego wszystkim mieszkańcom aglomeracji miejskich, szczególnie śródmieścia, brakuje. Niemało osób jest przeświadczonych, że mieszkanie poza miastem jest dobre przede wszystkim dla dzieci – mogą wychowywać się pod okiem rodziców w bez uszczerbku zaprojektowanej przestrzeni osiedla, gdzie często infrastruktura jest głęboko przemyślana pod kątem ergonomii ale też i bezpieczeństwa najmłodszych. Przedszkole, place zabaw, wygodne podjazdy dla wózków i pozostałe ułatwienia dla rodziców posiadających dzieci dopingują młode stadła do poszukiwania zaplanowanego domu pod miastem. A jako że nieomal każdy z nas jest zmotoryzowany, dystans od centrum – o ile tam pracujemy lub szkolimy się - nie będzie stanowił większego problemu.


Komentarze: